Dwa mnie urzekły- Gorzkie mleko i Lourdes. Ten drugi momentami się ciut duży, bo obrzędy katolickie nie są zbytnio porywające, ale jego przewrotność, morał i samo zakończenie bardzo dobre.
Gorzkie mleko obowiązkowe, zobaczcie oczywiście jeśli nie widzieliście.
A teraz na czym się zawiodłam.
Wybrałam się jakiś czas temu w śnieżycę i mróz do kina Muranów na Tlen. Zachęciły mnie do tego dobre recenzje oraz poprzedni film tego reżyseria Euforia, który bardzo mi się podobał. Film o niczym, zlepek scen, tutaj fontanna, tam atak na WTC. W połowie z niecierpliwości zaczęłam przebierać nogą, pod koniec przebierałam nogami, rękoma i głową.
Nine, miała to być wspinała rozrywka we wtorkowy ranek w Złotych Tarasach. Kupiłam bilecik i duże latte. Rozsiadłam się... i zawód. Jeżeli ogląda się musical i żadna z piosenek nie wpada w ucho oraz nic nie nucisz po wyjścia z kina to znaczy, że był to bardzo kiepski musical.
Harry Brown plusem filmu jest to, że w miarę się nie nudzi. Niestety wiele scen jest tandetnych, przerysowanych. Postacie są białe, albo czarne. Nic pomiędzy.
W lesie same powalone drzewa
Nawet te młode
Korzenie przypominają włosy łonowe
Cmentarz otwarty do osiemnastej
Dlaczego w nocy nie można do ciebie przyjść?
Kiedy wyrywam chwasty z grobu zastanawiam się ile w nich ciebie?
Czy wiatr wróci?
Postawi drzewa na miejscu?
Nowy apap na ból w duszy. Dwie tabletki przed snem, dwie tabletki po posiłku, dwie tabletki po dwóch tabletkach i jeszcze dwie.
Będziemy pić wino, słuchać piosenek z dzieciństwa.
Tańczyć i obrywać zasłony.
W wariactwie obijać się o ściany, meble. Niszczyć. Niszczyć siebie.
Od kiedy strach stał się głównym motorem twoich działań?
Zostały tylko skoki przez płonące obręcze.
Po drugiej stronie będzie czekać apteczka, w niej maść na oparzenia. Zdążysz opatrzyć rany nim przyjdzie czas kolejnego skoku.
Goni cię rachunek. Goni cię facet, któremu dałaś. Goni cię piszcząca bramka. Przejdź jeszcze raz przeze mnie. Nie daj jej tej satysfakcji. Niech wyje za tobą.
Bałagan łapie cię za jedną nogę, za drugą znajomość, która prowadziła do nikąd. Ślepa uliczka w ślepej kiszce.
W torebce nosisz antyperspirant. Nikt nie może dowiedzieć się, że się boisz.
To jest życie, tutaj się nie pocimy.
Chcesz kawałek? Żujesz coś czym inni smarują pachy. Jesteś przewrażliwiona.
Krople spływają z czoła po policzkach. Udaj, że to łzy.
Udaj, że to łzy.
A jeśli ty się roztapiasz?
To jedyny sposób by zgasić pożar na kole?
Nawet jeśli to parter skaczemy z okna. Kładziemy się na chodniku. Może ktoś pomyśli, że nie żyjemy. Może ktoś zajmie nasze miejsca.
Wysypałam zawartość torebki na łóżko. Orzechy, które nosiłam ponad pół roku wypadły i potoczyły się w różnych kierunkach. Znalazłam osiem długopisów, w tym dwa ze skuwką. Saszetki cukru i soli, które biorę z knajp na wszelki wypadek. Na przykład w przypływie impulsu ląduje w tanim barze gdzie na stole zamiast solniczek są małe, plastikowe miseczki z solą. Każdy tam wkłada place, po czym soli frytki. Ja w takiej sytuacji wyjmuje swoją saszetkę i sole czystą solą!
Korale i znaczki, chusteczki, niedoczytaną książkę Herty Muller, którą kiedyś szukałam na półce.
Ulotki z kin i repertuary. Pokruszone dwa liście w kolorze krwi. Ładowarkę od zgubionego telefonu. Zepsutą zalotkę i resztkę szminki. Paragony, rachunki. Broszkę, z której wypadł kamień. Język.
Troszkę mniejszy od mojego, mocno różowy. Zimny. Do kogo należał?
Był oblepiony okruchami i włosami. Położyłam go na dłoni, odkręciłam kran i delikatnie umyłam. Teraz wyglądał znacznie lepiej. Wydał mi się nawet przez moment smakowitym. Przypominał landrynkę, którą miałam ochotę polizać.
To głupie, przecież nie jestem kanibalem. Zresztą wiem jak smakuje język. Język palacz jest gorzki, kogoś kto przed chwilą żuł gumę miętowy z uczuciem chłodu.
Tylko na chwilę. Włożę go do ust, posmakuje i szybko wypluje. Jak degustacja wina.
Smak języka był znajomy. Nie był to jeden smak, było ich wiele. Łączyły się i tworzył niesamowite doznanie. Język rozpływał się i kiedy zorientowałam się, już go nie było.
Spojrzałam na zegarek byłam spóźniona, wybrałam numer taksówki. „Poproszę taksówkę na..." to nie mój głos. Brzmiałam jak dziesięciolatka. Rozłączyłam się. Zaczęłam chodzić w kółko i głośno mówić. Powróciła stara wada wymowy. Niewyraźne sz i s. Godziny w gabinecie logopedy na nic. To był mój język. Język dziesięcioletniej Rafalali. Dlaczego wrócił? Dlaczego znalazłam go w torbie? Czyżbym miała jakieś niewyjaśnione sprawy? Może czegoś nie wypowiedziałam na głos przed laty?
Szkoda, że nie znalazłam w tej torbie ud bez celulitu. Wysłałam smsy odwołujące spotkania. Ja i mój nowy... stary głos zostaliśmy w domu.
O godzinie drugiej w nocy naszła mnie ochota na krówki. Ciągnące się, zalepiające zęby. Chęć była tak wielka, że ubrałam się i ruszyłam do nocnego po drugiej stronie ulicy. W kącie obok delicji duże opakowanie krówek. Bez zastanowienie pognałam z nimi do kasy. Wracając już na pasach wsunęłam do ust dwie. Fantastyczny smak. Poczułam się jak by ktoś wmontował mi w środek sprężynę. Coś we mnie podskakiwało domagając się kolejnych porcji. W drodze do domu sześć, na schodach dwie. W łóżku trzydzieści dwie. Zasnęłam w śród papierków. Rano powrócił mój dwudziesto siedmioletni głos. Miałam zamiar zaparzyć kawę i posprzątać szafę.
wtorek, 9 lutego 2010
Licznik odwiedzin: 275876
poetka z penisem rafalala@wp.pl

jestem jak erekcja słonia, nie sposób jej nie zauważyć